Trzy lata, jak z bicza strzelił, minęły - ani się człowiek obejrzał - matura. Tyle nerwów, stresów, nieprzespanych nocy, stosów książek walających się po biurku i zeszytów skrupulatnie zbieranych przez całą dotychczasową edukację i co? Było, minęło, a teraz ze śmiechem wspominam jak nas straszyli, że sobie nie poradzimy, bo jesteśmy leniwe matoły i skończymy na ulicy w żółtych kamizelkach zamiatając liście. Okazało się, że matura to faktycznie bzdura i więcej wysiłku kosztowałoby jej oblanie niż zdanie. Gdzieś w międzyczasie zdałam sobie sprawę, że właściwie nie podjęłam żadnej konkretnej decyzji dotyczącej mojej przyszłości. Zbyt zajęta byłam podkochiwaniem się w starszych kolegach, wymienianiem najświeższych plotek ze szkolnych korytarzy, pracą w samorządzie, prowadzeniem strony internetowej szkoły i próbą reaktywacji gazetki oraz rozmyślaniem o samotności i kolejnym planie na odchudzanie. Kto by się przejmował studiami. Aż pewnego dnia dostałam do ręki świadectwo dojrzałości i kompletnie nie wiedziałam co dalej...
Profil klasy w której się znajdowałam nie pomógł mi w wyborze kierunku studiów. Generalnie po tym czego uczyłam się przez trzy lata mogłam wybrać inżynierię środowiska lub architekturę. Wiedziałam jednak, że jestem trąba z przedmiotów ścisłych a z klasy do klasy przechodzę wkuwając na pamięć wzory i definicje (które po napisanej klasówce bezpowrotnie uciekały do Krainy Zapomnienia) albo bezczelnie spisując wszystko ze ściąg. Byłam pewna swojej humanistycznej duszy a plany wiązałam tylko ze studiami, które pozwoliłyby mi się rozwijać w tym kierunku.
Stąd etnologia. Właściwie nie miałam pojęcia na co się piszę i nie dowiedziałam się tego również po dwóch miesiąca studiowania powyższego więc... zrezygnowałam. Przesiadywanie na zajęciach na których wciąż zadawałam sobie w myślach pytanie "Boże, co ja tu robię?" było dla mnie coraz trudniejsze. Moja aktywność na wykładach ograniczała się do rozwiązywania krzyżówek i rozwijania artystycznych zdolności na ostatnich stronach notatnika. Po pewnym czasie chodziłam już tylko na informatykę (prowadził ją tak przystojny facet, że nie mogłam odmawiać sobie tej przyjemności), logikę i angielski - czyli, nota bene, przedmiotów, które nie miały z etnologią nic wspólnego. Zaczęłam popadać w jakieś dziwne otumanienie, nie chciało mi się rano wstawać z łóżka żeby zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy zdawali się doskonale wiedzieć co tam robią. Nie rozumiałam ich zapału, te przedmioty były tak strasznie nudne! Ze zdziwieniem obserwowałam jak zadają wykładowcom pytania i ciągle notują, notują, notują... Uciekłam.
Powoli zaczęłam przygotowywać rodziców do swojej decyzji. To było najtrudniejsze. Te ciągłe pytania co teraz?, co dalej?. Wydaje mi się jednak, że od dłuższego czasu przeczuwali, że rzucę te studia. Wyrazili się dosyć jasno 'nie uczysz się, nie mamy obowiązku cię utrzymywać, musisz znaleźć pracę'. Zaczęłam półroczny, przyspieszony kurs dorosłości, który zresztą zjawiskowo oblałam.
Ale o tym następnym razem.
Słyszałam na ten temat wiele pozytywnych opinii. Ciekawi mnie, czy ktoś z Was skorzystał z możliwości kredytu studenckiego i jakie ma na ten temat zdanie.
Sama zaczynam się zastanawiać nad takim wyjściem z sytuacji, kiedy chce się skoczyć na głęboką wodę i zamieszkać z chłopakiem, jednocześnie pracując i studiując zaocznie a zarabiając tyle, że o łikendowym wypadzie za miasto można pomarzyć. No i pozostaje problem spełnienia przez bank określonych reguł.
niebo jest dzisiaj niebieskie jak moja ulubiona kredka i w sumie uważam że to idealny moment na spacer po Wro ale obawiam się że muszę posiedzieć nad włoskim lub co gorzej nad greką i dupa ze spaceru wyjdzie bo tak naprawdę chce mi się spać
Oh, Sylwestra spędzę z Herodotem. SŁODKO.
Doktor N. powiedział, że Ustrój polityczny Aten jest krótki. Myślę sobie, ok, przeczytam w poniedziałek. NIE JEST KRÓTKI. Chyba się zastrzelę.
Nadzieja jest? Jest! Kurde, musi się udać.
Edit.
Bóg sprawił. Nadzieja nie zrobiła mnie tym razem w konia. Dostałam się na studia, właściwie na oba kierunki, wciąż jest szansa na trzeci. Nie przewidziałam tego, teraz filologia polska bije się w mojej głowie z filologią klasyczną i kulturą śródziemnomorską a kulturoznawstwo siedzi w kącie i odmawia koronkę o miejsce na liście studentów do przyjęcia. Czuję... podniecenie? Czekam na październik, na latanie do ksero, na integrację na wyspie, na piwo w Rejsie, na ludzi, na naukę! Tak strasznie mi tego brakowało. Przyspieszony kurs dorosłości, mhm, zaliczony na dwóję z plusem. Wciąż nie pamiętam o podlewaniu kwiatków. Wciąż nie chce mi się wynosić śmieci. Ale dałam radę chyba. Czas porozmawiać z rodzicami o powrocie do domu. Do normalnego życia.
Bo nie będę marnować życia na czymś co mnie jednak nie interesuje. Etnologia okazuje się z każdym dniem coraz bardziej nużąca i męcząca.
Oczywiście, wiem, to tylko trzy tygodnie, powinnam dać szansę tym studiom i tak dalej... Naprawdę czuję, że to nie dla mnie. Nie widzę siebie w roli antropologa.
Tylko nie wiem jak to zakomunikować rodzicom. Przed faktem dokonanym ich nie postawię, bo każda rodzinna awantura to dla mnie ogromny dyskomfort psychiczny i nie chcę kolejny raz wysłuchiwać jaka to ja jestem zła i w ogóle. Opracuję sobie plan, mam nadzieje, że znajdę gdzieś pracę, miesiąc wytrzymam (może) z rodzicami i łuhuuu, wyprowadzam się z tego toksycznego domu.
SŁOWO
SŁONO
SŁONA
SKONA
IKONA
... czyli, przeżyłam pierwszy wykład z logiki. Powyżej zabawa słowna metodą semantyczną. Bardzo ciekawa sprawa. Słowo "słowo" należało przekształcić na słowo "ikona". Regułą słowa pierwszego była zmiana jednej litery na każdym kroku, natomiast regułą słowa drugiego było otrzymanie za każdym razem słowa w języku polskim. Fajneee.