Kredyt studencki

22 komentarze

Słyszałam na ten temat wiele pozytywnych opinii. Ciekawi mnie, czy ktoś z Was skorzystał z możliwości kredytu studenckiego i jakie ma na ten temat zdanie.
Sama zaczynam się zastanawiać nad takim wyjściem z sytuacji, kiedy chce się skoczyć na głęboką wodę i zamieszkać z chłopakiem, jednocześnie pracując i studiując zaocznie a zarabiając tyle, że o łikendowym wypadzie za miasto można pomarzyć. No i pozostaje problem spełnienia przez bank określonych reguł.

Wakacyjne szukanie pracy - część II

15 komentarzy

Marny mój los. Ogłoszenia o pracę kręcą się wokół informatyków i fryzjerek/kosmetyczek. Czy to naprawdę oznacza, że jako jebitny human jestem skazana na kasę w sklepie? Że wykształcenie zawodowe (patrz: fryzjerka/kosmetyczka, murarz) jest bardziej cenione niż ukończone studia? Tracę wiarę w siebie.

Telefon milczy a ja rozsyłam aplikacje do miejsc, o które nigdy bym siebie nie posądziła (solarium, o losie). Jestem tak zdesperowana, że chyba zacznę wyprzedawać swoje książki i ciuchy na allegro.

Wakacyjne szukanie pracy - część I.

9 komentarzy

W wakacje każdy student pracę znaleźć powinien - student to wie, rodzic studenta wie to nawet lepiej a i nawet partner studenta (jeśli delikwent owego posiada) wie.

Zgodnie z powyższym, jakiś czas temu wzięłam się za masowe rozsyłanie cv i listów motywacyjnych. Po tygodniu w końcu zadzwonił telefon, numer prywatny, myślę sobie 'oho, to na pewno w sprawie pracy'. Kobieca intuicja jak zwykle nieomylna, zadzwoniła pani z działu HR w znanym na całym świecie sklepie z meblami, który na potrzeby tekstu zostanie sklepem X. Umówiłyśmy się na bezpośrednią rozmowę na następny dzień. Z powodu szkolenia, które odbywało się w pomieszczeniu służbowym, zostałam zaproszona do pierwszego lepszego 'salonu' na sklepie. Na początku rozmowy zostałam poinformowana, że rekrutacja w X ma trzy etapy, pierwszym z nich jest rozmowa z ową panią, drugim rozmowa z managerem a trzecim - dzień próbny. Jako, że rozmów kwalifikacyjnych w swoim życiu już kilka miałam, stwierdziłam w duchu, że już nic mnie nie zaskoczy. Jakże się myliłam.

"Napisała pani w aplikacji, że zna pani język angielski w stopniu średnim, więc porozmawiamy sobie chwilę po angielsku." OMG. Dostałam książeczkę z wartościami X, polecenie wybrania sobie dwóch z nich, dziesięć minut na przygotowanie i krótką dyskusję na ich temat. Czytam pierwszą. Nic nie rozumiem. Czytam znowu. Boże, co to za słówka. Zaczęłam się rozpaczliwie rozglądać po sklepie, nie wiem po co, chyba nie sądziłam, że znajdę gdzieś ukryty słownik. Myślę sobie, uciekam. Pieprzę tę pracę, obędzie się. Zostawię książeczkę na stoliku, wyjdę jakby nigdy nic wyjściem dla klientów... Dobra, keep calm, czytam dalej, trochę się uspokoiłam, zaczęłam łapać sens zdań z kontekstu. Kobieta wróciła, zaczęłyśmy rozmawiać. Skromnie stwierdzę, że chyba nie poszło mi aż tak źle, co prawda wydaje mi się, że stworzyłam jakieś nowe słowo ale kto by się przejmował ;-). Następnie przeszłyśmy do pytań o doświadczenie zawodowe, o to, co jest dla mnie najważniejsze w pracy, jaką jestem osobą itepe itede. Cała rozmowa trwała, uwaga, 1,5 godziny!

O tym, czy przeszłam dalej czy nie, miałam dowiedzieć się w ciągu tygodnia. Tydzień minął, telefon milczy. Zastanawiam się czy poszło mi tak fatalnie (gdzie, sorry, ale nigdy nie poszłam na rozmowę i nie dostałam pracy) czy też zapomnieli o mnie, ponieważ ktoś rozlał kawę na moje dokumenty i trafiły do kosza, bo ta sierota przeraziła się swego czynu i w ten sposób chciała zatuszować całą sprawę, czy może jednak zadzwonią w poniedziałek, bo mają teraz za dużo na głowie, bo cośtam… Wiele argumentów przemawia na „dziękuję, nie jestem jednak zainteresowana pracą w państwa firmie” (doszła do tego moja urażona duma), z drugiej strony fajnie byłoby tam pracować, chociażby na te pół etatu. A jeśli jednak nie przeszłam dalej to, cholera, też chcę o tym wiedzieć skoro obiecali, że powiedzą!

No cóż. Poczekamy, zobaczymy.

1 komentarz

Regały z lekami śnią mi się po nocach. Haha, "śnią mi się po nocach", przepraszam, chodziło mi o "śnią mi się jak wrócę z pracy nad ranem". Nocki mnie zabijają. Poważnie, czuję to. Śpię cały dzień i wstaję z myślą, że znowu muszę tam wrócić. Do tych regałów. Pyk! i kolejny tydzień życia przeleciał, nie wiem kiedy. Nie miałam nawet siły umyć włosów. Na plus zaliczam te parę kilo, które gdzieś wyparowały. Pytanie czy warto dla jednego pozytywu męczyć się z tyloma negatywami? Gdyby chociaż jedna osoba potrafiła umilić mi te 8 godzin. TA jedna. A może znowu idealizuję i tylko mi się wydaje.

2 komentarze

PRACUJĘ
eheheh, nogi mnie cholernie bolą ale nie jest źle, moi mili, nie jest źle, ponieważ jest praca - jest kasa - są przyjemności.
Poza tym mam dużo radości z chodzenia między tysiącami leków. Moim ulubieńcem została ogromna butelka gliceryny i kilogramowe opakowanie wazeliny. Cholera, chyba się polubię z tą pracą.