?

2 komentarze

Kiedyś się śmiałam, że zostanę autorką bestsellerowego poradnika na temat facetów. To do mnie dzwoniły koleżanki kiedy miały problem z chłopakami, mogłam godzinami pracować nad odbudowywaniem ich wiary w siebie po kłótni z ukochanym, zawsze wiedziałam co mówić i zawsze działało.

A teraz, po roku bycia w związku patrzę w lustro i zadaję sobie pytanie co ja wiem o facetach?. Nadeszła moja kolej na wysyłanie esemesów do koleżanki pt. "Mam kryzys, masz czas pogadać?". Spędzam godziny na tępym wpatrywaniu się w sufit i rozmyślaniu co by było, gdyby... Obsesyjnie sprawdzam czy dostałam nowego sms'a. Objadam się słodyczami i czytam Cosmopolitan. W dodatku w każdym moim śnie występuje ON. Jak tu się skupić na nauce? Na szukaniu pracy? Na sobie?

Jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku? I dlaczego chwila, w której dostajesz w twarz myślą, że coś jest nie tak, przychodzi w tak nieodpowiednim momencie? Czemu nie umiem powiedzieć Jemu tych wszystkich rzeczy, które tak z taką łatwością wypowiadam przy koleżance? Dlaczego kiedy między nami się psuje, czuję się jakby brakowało mi połowy organów potrzebnych do funkcjonowania całego organizmu? Czemu wciąż o Nim myślę? Dlaczego kiedy padło tragiczne "nie chcę cię stracić" w moim umyśle pojawiła się myśl "już za późno" ale mimo tego bałam się wypowiedzieć jej na głos? Czemu nie może być tak jak dawniej? Czy On kiedyś dorośnie?

Mam kryzys emocjonalny i źle się czuję. Kładłam się spać z ambitnym planem, żeby wstać wcześnie rano i przyłożyć się do nauki. Tymczasem, odkąd się obudziłam wypiłam kawę, wypiłam energetyka, przejrzałam Cosmo i rytualnie odwiedziłam kilka stron. W kwestii nauki ograniczyłam się do leniwego rzucenia okiem na migające diody na drukarce. Energię którą przyjęłam w płynach przelewam z powrotem do kanału, to jest pic na wodę, fotomontaż, jak się ma zły nastrój to i tysiąc kaw nie postawi na nogi. Boooże, męczę się. Kilka dni 'na zastanowienie się' to najgorsza tortura na świecie. Fak ju, współczesny systemie polityczny, myślę tylko o Nim, chcę znowu znaleźć się w Jego ramionach. Eeeech.

W poszukiwaniu wymarzonego kierunku studiów cz. I

7 komentarzy

Trzy lata, jak z bicza strzelił, minęły - ani się człowiek obejrzał - matura. Tyle nerwów, stresów, nieprzespanych nocy, stosów książek walających się po biurku i zeszytów skrupulatnie zbieranych przez całą dotychczasową edukację i co? Było, minęło, a teraz ze śmiechem wspominam jak nas straszyli, że sobie nie poradzimy, bo jesteśmy leniwe matoły i skończymy na ulicy w żółtych kamizelkach zamiatając liście. Okazało się, że matura to faktycznie bzdura i więcej wysiłku kosztowałoby jej oblanie niż zdanie. Gdzieś w międzyczasie zdałam sobie sprawę, że właściwie nie podjęłam żadnej konkretnej decyzji dotyczącej mojej przyszłości. Zbyt zajęta byłam podkochiwaniem się w starszych kolegach, wymienianiem najświeższych plotek ze szkolnych korytarzy, pracą w samorządzie, prowadzeniem strony internetowej szkoły i próbą reaktywacji gazetki oraz rozmyślaniem o samotności i kolejnym planie na odchudzanie. Kto by się przejmował studiami. Aż pewnego dnia dostałam do ręki świadectwo dojrzałości i kompletnie nie wiedziałam co dalej...


Profil klasy w której się znajdowałam nie pomógł mi w wyborze kierunku studiów. Generalnie po tym czego uczyłam się przez trzy lata mogłam wybrać inżynierię środowiska lub architekturę. Wiedziałam jednak, że jestem trąba z przedmiotów ścisłych a z klasy do klasy przechodzę wkuwając na pamięć wzory i definicje (które po napisanej klasówce bezpowrotnie uciekały do Krainy Zapomnienia) albo bezczelnie spisując wszystko ze ściąg. Byłam pewna swojej humanistycznej duszy a plany wiązałam tylko ze studiami, które pozwoliłyby mi się rozwijać w tym kierunku.

Stąd etnologia. Właściwie nie miałam pojęcia na co się piszę i nie dowiedziałam się tego również po dwóch miesiąca studiowania powyższego więc... zrezygnowałam. Przesiadywanie na zajęciach na których wciąż zadawałam sobie w myślach pytanie "Boże, co ja tu robię?" było dla mnie coraz trudniejsze. Moja aktywność na wykładach ograniczała się do rozwiązywania krzyżówek i rozwijania artystycznych zdolności na ostatnich stronach notatnika. Po pewnym czasie chodziłam już tylko na informatykę (prowadził ją tak przystojny facet, że nie mogłam odmawiać sobie tej przyjemności), logikę i angielski - czyli, nota bene, przedmiotów, które nie miały z etnologią nic wspólnego. Zaczęłam popadać w jakieś dziwne otumanienie, nie chciało mi się rano wstawać z łóżka żeby zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy zdawali się doskonale wiedzieć co tam robią. Nie rozumiałam ich zapału, te przedmioty były tak strasznie nudne! Ze zdziwieniem obserwowałam jak zadają wykładowcom pytania i ciągle notują, notują, notują... Uciekłam.

Powoli zaczęłam przygotowywać rodziców do swojej decyzji. To było najtrudniejsze. Te ciągłe pytania co teraz?, co dalej?. Wydaje mi się jednak, że od dłuższego czasu przeczuwali, że rzucę te studia. Wyrazili się dosyć jasno 'nie uczysz się, nie mamy obowiązku cię utrzymywać, musisz znaleźć pracę'. Zaczęłam półroczny, przyspieszony kurs dorosłości, który zresztą zjawiskowo oblałam.
Ale o tym następnym razem.

Do czego kobiecie są potrzebne pieniądze?

3 komentarze

Proste! Do szczęścia.
Szczęście określa szeroki zbiór przedmiotów, którymi kobieta uwielbia się otaczać, a należą do niego między innymi:


torby (w każdej ilości, kolorze i rozmiarze; na ramię, do ręki, do przewieszenia przez ramię), buty (z przewagą tych na obcasie), ubrania, bielizna, lakiery do paznokci (wszystkie odcienie czerwieni i beży), eye-linery, tusze do rzęs, kremy do twarzy, balsamy do ciała (nawilżające, ujędrniające, wyszczuplające), perfumy (na dzień, na wieczór, na specjalne okazje), papierosy, słodkie wina, książki (z Bridget Jones na czele), bilety do kina, karnety na siłownię...

Wypłato przyjdź!

A tak btw zdecydowałam się na kredyt studencki. Pieniądze przydadzą się po studiach na pierwsze, poważne kroki w dorosłość. No i może prawo jazdy...

To takie niemęskie, kiedy w towarzystwie samych samców trzeba napisać esemesa do swojej kobiety. Lepiej nie wychodzić na pantoflarza i schować telefon głęboko do kieszeni. Zawsze można się wykręcić brakiem prądu na łajbie, brakiem sieci albo jeszcze inną pierdołą, którą naiwna Samica łyknie. Problem tkwi w tym, że Samica, mimo swej naiwności, odchodzi od zmysłów, kiedy nie dostaje od Samca znaku życia. Przychodzą jej do głowy czarne scenariusze, tak nieprawdopodobne, że przejrzystość umysłu, którą Samica może się na co dzień pochwalić, przestaje istnieć.

Dzięki temu Samica może nie zmrużyć oka przez całą noc wyobrażając sobie sztorm na jeziorze, czy jednookiego pirata przebijającego szablą pierś jej Ukochanego. Znika także zaufanie, którym Samica obdarowała swojego Samca. Spokój Samicy zakłócają bowiem myśli o niechybnej zdradzie. Hormony Samicy szaleją a jej organizm odrzuca kolejne dawki kofeiny, którymi Samica próbuje ratować swoją zanikającą koncentrację i ostatnie resztki szacunku w oczach jej znajomych.

Od ostatniej wiadomości od Samca minęło więcej niż 24 godziny. Zmysły opuściły budynek. Samica siedzi w pidżamie tępo wpatrując się w dal. Coś się stało...

Zadziwiającym faktem jest pojawienie się wokół Samicy przedstawicieli płci przeciwnej, odgrywających niegdyś w jej życiu mniejsze lub większe role. To sprawia, że Samica coraz mniej pewnie czuje się na swoim terytorium. Złośliwy głos wydobywający się z czeluści zagubionej w ostatnich dniach duszy Samicy podpowiada działania, których Samica na pewno będzie żałować. Czy zrobi coś głupiego?

*pauza*

(napięcie rośnie)

Nieee, w końcu to Samica. Pozostanie wierna swojemu bezdusznemu partnerowi, a kiedy powróci on z drugiego końca świata nie będzie nawet potrafiła udawać obrażonej. Dlaczego? Cóż. Są na świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Chociaż... niektórzy nazywają to miłością.

Porządki, porządki...

6 komentarzy

Postanowiłam, że zabiorę się za generalny porządek w swoim pokoju. Do pomocy zaprosiłam Perfekcyjną Panią Domu. Przy okazji poczytałam trochę poradnika Feng Shui (nie żebym wierzyła, ale co szkodzi spróbować) i pomyślałam, że jeśli zrobię porządek w kącie związanym z karierą zawodową to może w końcu się gdzieś załapię.

Po pierwszym dniu wprowadzania planu w życie, muszę stwierdzić, że jak zwykle przeliczyłam swoje możliwości i w efekcie mam obecnie w pokoju całkowity rozpiernicz.


Lista rzeczy do zrobienia ma się mniej więcej tak:

  • znaleźć pracę (Boże Święty, ja mam wydatki, tusz do rzęs mi się kończy!)
  • sprzedać na allegro stare i nieużywane książki (nazbierałam w tym roku pełno staroci o starożytności, których w ogóle nie tknęłam)
  • sprzedać na allegro rzeczy, których nie używam (a które mogą się komuś przydać) (muszę się pilnować, żeby znowu nie gromadzić kupy ciuchów 'bo schudnę i na pewno będę w tym chodzić')
  • wyrzucić wszystkie niepotrzebne rzeczy z biurka i szafki nad telewizorem (bez cackania się, kamienna twarz, wszystkie pierdoły do worków)
  • zrobić porządek w dokumentach (żeby następnym razem nie szukać przez kilka dni loginu do banku)
  • zrobić porządek w szafie (prawie mi się to udało, to co miało być na wieszakach już się na nich znajduje, jednak to co miało być złożone w idealną kosteczkę i poukładane w szafie według kolorów leży na podłodze...)
  • naprawić szafkę na bieliznę (done! zapamiętać: mieć w domu Ośmiorniczkę)
  • znaleźć skarpetki do pary i poukładać wszystko ładnie w naprawionej szafce (bo przy okazji wywalania reczy na środek pokoju okazało się, że jednak posiadam skarpetki)

Przydałoby się jeszcze podkręcić łóżko, które ostatnimi czasy trochę ucierpiało i wyrzygało tajemniczą śrubkę, która nie-mam-pojęcia-skąd-wypadła i wkręcenie jej z powrotem na miejsce tak, żeby wszystko działało jak należy, jest w tym momencie dla mnie mission impossible.

Odbijając od tematu porządku, Luby znowu wyjechał na tydzień a ja męczę otoczenie marudzeniem jak to ja bym nie chciała już mieć własnego mieszkania, ekspresu do kawy i wielkiego łózka z Wiktorem w zestawie. Lubię te nasze poranki, wspólny prysznic, śniadanie... Matko, ja się chyba starzeję, czas pomyśleć o kremach przeciwzmarszczkowych!

O pisaniu bloga rozterek kilka.

6 komentarzy

Jak to jest, że mimo natłoku myśli w głowie czasem tak ciężko je gdzieś przelać? Tyle chciałoby się powiedzieć, ale z takim trudem słowa przechodzą przez garło. Brakuje odwagi? Źle dobrane mogą mieć totalnie inny sens niż zakładaliśmy i w efekcie przynieść zgubne skutki.Paradoksalnie łatwiejszą drogą do uzewnętrznienia się jest pisanie blogów. Po wielu próbach pisania pamiętników (które, niestety, pisałam bezpiecznym szyfrem "w razie gdyby trafiła na nie moja mama", co zupełnie zabijało ich sens, porzucałam je po krótkim czasie) odkryłam sposób gdzie anonimowo mogę wrzucić to, co mi na żołądku leży. Paradoksalnie, bo anonimowa pozostaję tylko dla przypadkowych gości, którzy w jakiś tajemniczy sposób zabłądzą na mojego bloga. Adres tej strony stopniowo trafia do większej liczby znajomych. To w pewien sposób ogranicza jego treści, bo przecież nie chcę żeby o tym i o tym czytała ta i ta osoba i mimo tego, że jogger ma fukcję umieszczania wpisów na odpowiednich poziomach "wtajemniczenia" czuję, że nie powinnam sobie na dużo pozwolić.

A, niech mnie, naprawdę chciałabym pozbyć się wszelkich ograniczeń i pisać co mi ślina na język przyniesie, wrzucać z siebie wszystko z szybkością karabinu, czuć się lżej z każdym nowym zdaniem, postawić kropkę i wiedzieć, że to co siedziało gdzieś we mnie znalazło ujście i niech sobie żyje własnym życiem a ja się zajmę czymś innym. Chciałabym traktować bloga jako taki papierowy pamiętnik, zamykany na kluczyk, tylko mój. Ale cóż, widocznie czasy się zmieniają, teraz pisanie pamiętników robi się bardziej "medialne". Może to głupie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pisanie bloga jest skierowane "pod publiczkę", piszemy coś ważąc każde słowo i zastanawiając się co ktoś pomyśli kiedy to przeczyta, jak skomentuje, zrozumie, nie zrozumie... Zazdroszczę wszystkim, którzy tego nie czują pisząc. Bo mnie właśnie to blokuje. Próbuję się przemóc. Chciałabym pisać szczerze, od siebie, nie pod kogoś.

Jak znaleźć odwagę do pisania i nie myśleć w trakcie tworzenia o nieprzychylnych komentarzach, które mogą pojawić się po publikacji postu?

1 komentarz

jestem w ciąży spożywczej z ilomaśtam rodzajami pizzy, nienawidzę cię festiwalu pizzy i pizzo hut i w ogóle i o boże

2 komentarze

oh, hello pms
ja pierdole!